0

Kłamstwa, kłamstwa – wszystko kłamstwa

Jest tak samo jak na początku. Ponownie zmuszeni jesteśmy Was okłamać.

Kiedy piszę te słowa już od dawien dawna nie jesteśmy nawet blisko granic Tajlandii. Jemy polskie jedzenie, w polskim mieście i tęsknimy. Ale to może właśnie najlepszy moment (raczej nie), by dokończyć ten blog, relacją z dwóch ostatnich dni i garstką zdjęć? No cóz… czemu nie. Należy kończyc to, co się rozpoczęło. Więc do dzieła. Raz.

 

Dwa.

 

Trzy.

Nie znaleźliśmy lokalnej kawy. Nie znaleźliśmy nic. Wszystko wieczorem jest w Pai zamknięte, a nas zaskoczył CHŁÓD! Po deszczu temperatura spadła do 20 stopni i zmuszeni byliśmy założyć bluzy. Wszyscy lokalnie przebywający tu ludzie również schowali się wewnątrz. Znaleźliśmy więc otwarty bar gdzie bawiliśmy się z psem i wypiliśmy po piwku i wróciliśmy do domu.

Drugi dzień w Pai okazał się niemniej udanym. Nasze ubrania zaczęły się kończyć i, chociaż to może lekka głupota rodzić pranie przed samym wyjazdem, postanowiliśmy zajechać do naszej znajomej pralki na środku drogi i wrzucić do niej ubrania. Zegarek wykazał 45 min więc uznaliśmy, że się troche przejedziemy – wszak skuter wynajęty mieliśmy na dwie doby. Obraliśmy więc losowy kierunek i wkrótce wyjechaliśmy Pai. Po drodze minęliśmy lokalne lotnisko. Wielkości hm… no troche większe od mojej głowy, ale wciąż nie za duże.

001

002

Ścieżka z Pai wiodła nas przez kręte drogi wiejskie – ogólnie nie mijaliśmy za wiele zabudowań, a raczej pola uprawne i małe skupiska domków. No i krówki.

003

Wkrótce zza któregoś z kolei pagórka i zakrętu wyłoniła się świątynia. Postanowiliśmy to zbadać.

004

005

To był naprawde upalny dzień. Pamiętam, że kask po chwilowym trzymaniu go w ręku robił się całkowicie gorący w środku.

U wejścia do świątyni z dwóch stron strzegły jej smoki. W oko każdego można wkręcić żarówkę. Wyjątkowo nas to wtedy ucieszyło.

006

Wnętrze:

007

Nasz skuter topi się w słońcu:

008

Po krótkim spacerku po terenie świątyni, gonieniu ważek i przeglądania się w małych oczkach wodnych postanowiliśmy wrócić do miasta, by zobaczyć jak się ma nasze pranie.

Na miejscu okazało się jednak, że z jakiegoś powodu dodało sobie jeszcze 20 minut. Postanowiliśmy więc pozostać niepokonanymi i poszukać tej lokalnej kawy.

011

To co widać przede mną na zdjęciu to cukierniczka z sześcioma rodzajami cukru. W kafejce byly tylko 3 stoliki i 3 różne kawy do wyboru – do każdej z nich dołączona była instrukcja jak należy ją przyrządzić i pić.

O upale w Pai świadczyć mogły włączone w wielu miejscach zraszacze (umiejscowione na dachach).

012

Po odebraniu prania wyruszyliśmy na poszukiwanie drugiego wodospadu, na który pod żadnym warunkiem ne można się wspinać.

013

I udało nam się go znaleźć 🙂

014

wzorem innych, zgromadzonych tu w upalny dzien ludzi, postanowiliśmy rzecz jasna wspiąć się na górę. Nie zatrzymaliśmy się jednak tam, gdzie większość i poszliśmy jeszcze dalej w górę.

015

016

 

Nie byłabym sobą jakbym nie zaliczyła potężnej gleby na samą dupę, ale dziewczynka, która była prawie na samej górze z ojcem pomogła mi wstać. Używała zresztą wodospadu jak zjeżdżalni.

017

Jeszcze troche dalej znaleźliśmy miejsce, skąd nie dało się już iść wyżej. Tutaj też zanużyliśmy się w wodzie.

018 019

Woda była niewyobrażalnie zimna. Było w końcu rześko i przyjemnie. Dziewczynka i Pan bardzo się wydawali cieszyć z naszego towarzystwa i tego, jak się krzywimy wchodząc do wody.

Po tym kiedy plumkanie już nam się znudziło, wsiedliśmy z powrotem na skuter i pojechaliśmy do chińskiej wioski, by zobaczyć ją za dnia. Oto kronika mijanych po drodze kur (TE KURCZACZKI BYŁY TAKIE MALUSIE!!)

020

021

022

 

Przed nami jechała super kochana rodzinka. Nawet nam machali!

023

 

Wkrótce odnaleźliśmy wioskę chińską. Okazało się, że obchodzono tu jeszcze wczoraj święto jednej bogini (stąd darmowy wege posiłek).

024

025

 

Posiadłość niedaleko miejsca gdzie jedliśmy. Były tu konie i kluchy.

026

027

 

Po tym, kiedy pogoniły nas widoczne wyżej psy zorientowaliśmy się, że jesteśmy na terenie prywatnym. Pojechaliśmy więc na obiad i herbatę (o któej można się trochę naczytać). Miejsce było opustoszałe.

028

Niedługo miało zachodzić słońce. Przy obiedzie postanowiliśmy zaraz potem jechać na zbocze okolicznej góry, z której na Pai patrzy biały posąg Buddy – uznaliśmy, że to idealne miejsce na oglądanie zachodu słońca. Pojechaliśmy więc tak wysoko, jak tylko się dało. Potem przeszliśmy kilka krętych w górę ulic i ścieżek, aż w końcu dotarliśmy do schodów, prowadzących do samego Buddy.

029

A tu sam posąg.

030

Widoczek.

031

Ja zasnęłam na górze. T obudził mnie już na sam zachód.

045

032

033

Po tym, kiedy zrobiło się już ciemno, zeszliśmy na dół i  udaliśmy się do miasta ostatecznie pożegnać Pai. T nakarmił bezdomne tajskie psy.

034

Posłuchaliśmy ulicznych muzyków.

035

 

Ja zjadłam najlepsze burgery w Pai (robione przez Koreańczyka, który chyba polubił nas tak samo jak my go — bardzo sie ucieszył z origami!):

046

Wypiliśmy kilka piwek w rastabarze rozmawiając z kanadyjczykami i tajem i wkrótce podreptaliśmy do hotelu na odpoczynek.

Rano oddaliśmy skuter, zjedliśmy szybko śniadanie, wylogowaliśmy się z Hotel Pailifornia i grzecznie czekaliśmy na busa. W drodze powrotnej bawiliśmy się znakomicie licząc zakręty, T nawet się zdrzemną i dwa razy ktoś wymiotował. SUKCES!

Potem lot z Chiang Mai do Bangkoku, nieudana wycieczka na cmentarzysko pociągów, a potem zakupy. Wieczorem udaliśmy się (już od Jenny – dostaliśmy pokój na dachu! oglądaliśmy życie uliczne z góry jak króle!) na niedaleko umiejscowiony most Ramy III (lub VIII nie pamiętam po tak długim czasie). Napiliśmy się przy nim piwka i oglądaliśmy najdziwniejsze karaoke na świecie… Most jest fenomenalny.

036

037

039

040

 

Taki budyneczek obok.

038

Wkrótce zrobiło się późno, więc udaliśmy się na spoczynek, by nie zmarnować ostatniego dnia w Tajlandii.

T nie wziął bluzy.

T musiał kupić bluzę.

Udaliśmy się więc do centrum zakupów, by znaleźć bluzę dla T.

041

Cały dzień spędziliśmy biegając po sklepach. Znaleźliśmy bluzę i trochę prezentów. Zjedliśmy samosa z ostrym sosem. Było cool. Powoli żegnaliśmy już wszystko co zobaczyć tylko mogliśmy. Na naszej liście pozostała jednak ostatnia atrakcja. Dzielnica czerwonych latarnii.

042

Gdzie spędziliśmy dość dużo czasu i widzieliśmy dziwne rzeczy. Polecamy? Ok. Polecamy.

Rano wynieśliśmy się do Jenny, żegnając się ze zniewolonymi mopami:

044

I tym co tak bardzo zszokowało T jak pierwszy raz byliśmy w Bangkoku:

043

Tak, w środku jest człowiek.

Tak, on tak jeździ.

BARDZO TĘSKNIMY ZA TAJLANDIĄ.

Jedźcie tam koniecznie. My pewnie też tam kiedyś wrócimy, o ile na liście nie będziemy mieć miejsca, w którym jeszcze nie byliśmy.

Over and out.

g&T

 

Advertisements
0

762 zakerty do Pai

Nad ranem opuscilismy Chiang Mai i udalismy sie w droge do nastepnej destynacji – tajskiego miasta milosci – Pai. Tubylcy zdaja sobie sprawe z tego, ze fonetycznie po angielsku oznacza to ciasto i korzystaja z tego pelnymi garsciami.

Wsiedlismy wiec do tuk-tuka, ktory zawiozl nas na dworzec autobusowy, a stamtad wsiedlismy do monibusa do Pai. Chociaz musielismy czekac az ten sie zapelni, w ogole nie bylismy przygotowani na to, co stalo sie potem.

1301

Z Chiang Mai do Pai prowadzi BARDZO kreta droga. Podobno sa na niej 762 zakrety. Ostre zakrety. W naszym busie wymiotowabo tylko dwa razy – my ani razu ale miejscami bylo juz blisko.

1303

W kazdym razie po kilkugodzinnym zakrecaniu wjechalismy do Pai – malowniczego miasta w dolinie posrod gor tajskich. Mieszkamy tu w hotel Pailifornia – nie moglam sie powstrzymac zeby nie wynajac pokoju w miejscu o takiej nazwie.

Kiedy tylko osiedlismy w pokoju na zewnatrz sie sciemnilo, wiec miasteczko zobaczylismy najpierw po zmroku – jest tu duzo wspolczesnych bialych hippisow – typow i typiar w dreadach uciekajacych tu od obowiazkow.

1305   131013061308

Nad ranem wynajelismy skuter i ruszylismy w droge po spadach i wzniesieniach lokalnych drog.

1311

1313

1330

1315

1316

1318

Najpierw udalismy sie na Pai Canyon – wdrapalismy sie na gore i naszym oczom ukazal sie wysoki, czereony klif.

1331 1333 1335 1336 1338

Przeszlismy sje wiec po slonecznym, suchym lesie. Nie musimy juz jechac na Grand Canyon. HA!

Potem udalismy sie nad rzeke, gdzie znajduje sie drewniany most zbudowany tu przez Japonczykow do transportu sil do Birmy podczas II Wojny Swiatowej. Gralismy w misie-patysie i ZWYCIEZYLAM.

1350

Most nie byl atrakcja, ktora pochlonela duzo naszego czasu, wiec skierowalismy sie w strone parku narodowego, na ktorego terenie znajduja sie gorace zrodla.

1351

Mozna w nich ugotowac jajka, co widac na ponizszym zdjeciu.

1353

Bidna zabka – tez sie ugotowala.

1355

1356

Domek dla duchow tu tez ktos pozostawil jajko.

1358

Skorzystalismy z goracych zrodel w improwizowanych strojach kapiekowych – T. bawil sie wysmienicie.

1360

Po dluzszym czasie postanowilismy skonczyc moczyc tylki w goracej wodzie i ruszylismy szukac wodospadu. Tutaj wioska, ktora mijalismy w drodze.

1361

Po wycieczce w gore, przeprawie przez most i nurt rzeczny w koncu do niego dotarlismy. Spotkaliamy tu jakis bialych, ktorzy pluskali sie pod spodem.

1365

1366 1368

W niedalekiej okolicy znajdowac sie mial rozlam zuemii, na farmie lokalnego rolnika. Bez problemu go znalezlismy. W miejscu gdzie ziemia sie przelamala powstala gleboka szczelina – nie ma jak hodowac tam roslin wiec zezwala na zwiedzanie tego za darmo i dotacje wg uznania.

1380

1381

Mialo tu tez byc tanczace drzewo…

1383

…i rzeczywiscie o tym mowily znaki. Zadne z nich ne tanczylo. q0/10 najlepsza atrackaj Tajlandii.

1385

Byly tu za to najszczesliwsze psy w Pai
Bardzo sie polubilismy i biegaly ze mna po polach.

1386

A kiedy wychidzilismy gospodarz poczestowal nas produktami ze swojej uprawy. Kupilismy wiele sloikow dzemu z rozalii bo byl PRZEPYSZNY.

1388

W drodze do nastepnego miejsca zauwqzylismy taki pojazd. Dogonilismy go i wjechalismy za nim do warsztatu ku wielkiej uciesze kierowcy.

1388a

Niedaleko Pai znajduje sie wioska chinska – skierowalismy sie tam. W drodze zebraly sie wielkie czarne chmury i nagle zaczelo sie sciemniac. Udalo nam sie jednak zdazyc pod jakis dach, gdzie w minute po tym jak zdazylismy wylaczyc silnik, nakrylismy skuter, zostaly nam podstawione krzesla, kazano nam usiasc, dostaliamy po misce ryzu, 4 michach jedzenia roznego i nakazano nam jesc. Nic nie kumalismy ale zjedlismy szybko i chcielismy zaplacic bo lalo i bylo ciemno, a jeszcze musielismy wrocic do Pai. Okazalo sie ze to jedzenie jest za darmo – wykonano je ku czci bostwa. Zlozylismy wiec ofiare niedaleko oltarza.

1388b

Nic dziwnego ze dzieci, ktore tez schowane byly pod daszkiem, jadly tak jakby im mieli zabrac makaron- bardzo super tam bylo.

1388c

Do Pai wrocilosmy cali i zdrowi i wlasnoe chcemy wyjsc na lokalnie hodowana kawe. Do jutra wiec, gdyz czeka nas wycieczka w gory.

g.

0

Wielki wpis o Chiang Mai

Ok, jako że nie byliśmy ostatnio w stanie nic napisać, zdecydowaliśmy się napisać jeden wpis o Chiang Mai.

Oto i on!

ch000

By dojechać do Chiang Mai musieliśmy najpierw wylecieć z Bangkoku. W tym celu udaliśmy się tuk-tukiem do stacji lokalnej szybkiej koleji. Podobno miała wyglądać futurystycznie, ale wyglądała tak:

ch001

 

Tu widoczek z podrozy kolejka

ch003

Po krotkim locie w koncu dotarlismy do miasta zwanego Perla Polnocy – Chiang Mai. Klimat jest tu bardziej lagodny od reszty kraju.

ch006

Zamieszkalismy w starej czesci miasta, ktora kiedys otoczona byla fosa i murem. Stad wewnatrz znajduje sie mnostwo swiatyn.

ch008
Po krotkim spacerze udalismy sie po bilety na jedna z atrakcji, ktorej nie mozna ominac bedac w Tajlandii – tajski boks!

Po tym kiedy juz odnalezlismy stadion postanowilismy cos zjesc. Nieopodal znajduje sie miejska jadlodalnia, ktora za kupony umozliwia zamowienie potraw. Przeczekalismy tam czas do walki i najedlismy sie jak bobasy.

ch010 ch011

O DZIEWIATEJ WIECZOREM, o czym bez przerwy przypominal nam glos z glosnika, rozpoczela sie pierwsza z pieciu walk, jakie mielismy dzisiaj zobaczyc.

ch013 ch015ch016

Ekscytowalam sie jak mala dziewczynka i duzo krzyczalam i bilam brawo, ale to spoko bo T. rowniez. Ma nawet focie z jednym z zawodnikow. o tutaj

ch018

Po walce poszlismy jeszcze postrzelac. Wygralam dla T. zabawke i dostalam nawet tarcze, do ktorej strzelalam.

chszczelam chszczelam1

A tu chiang majskie mopy. To odmiana o czarnym wlosiu – w tutejszej hodowli moga wykonac jeden telefon dziennie.

ch030

Tu brama do muru miejskiego i fosa wieczorem i rano.

ch031 ch033 ch035

Po spacerze po ulicach starego miasta znalezlismy wloska pizzerie (prowadzona przez Wlocha) i zjedlismy NAJPYSZNIEJSZE PIZZE NA SWIECIE MAMOOOOOOOOOOO

chpipca
Pizza na sniadanie n_n

Jako ze trafilismy akurat w swieto Khoem Loy, to postanowilismy wybrac sie godzine drogi samochodem miasto do swiatyni, gdzie do nieba wzbic sie mialo tysiace lampionow. Najpierw jednak trzeba bylo tam dojsc przez ulice ze straganami. Zjedlismy tu galaretke kokosowa i mnostwko niedobrego piciu.

ch036

ch038

Po 20 przeszly trzy fale lampionow. Sami puscilismy dwa – jeden z zaloga – zrobilam papierowe laleczki i narysowalam na nich, zs trzymaja sie za sznurki lampionu. Pomysl bardzjo spodobal sie Tajom – wiele zdjec zrobili im!

ch051

ch053 ch055 ch058 ch060 ch061

Zaloga statku lampiono nie byla jednak pelna bez piatego pasazera – wlazl pajak do srodka. W tle blyskaly tez fajerwerki.

ch068 ch066  ch081

ch080

Kiedy lampion puszcza sie do nieba nalezy pomyslec zyczenie. Wiele z nich sie nigdy nie spelni – lampiony utykaly na drzewach…

ch063

…albo nawet nie wylatywaly.

ch065

Nasze zyczenie? Wymyslilismy paradoks – zyczylismy sobie by nasze zyczenie sie nie spelnilo.

Nad ranem zrobilismy pranie w pralce na monety, ktora stala na srodku ulicy – potem zaimprowizowalismy suszarke na “balkonie”.

ch083

Widok sprzed naszych drzwi.

ch085

Mijalismy gwarka codziennie, ktory cos sobie gadal.

ch086

Przeszlismy sie po lokalnych swiatyniach. To byl cieply dzien wiec wszedzie lezaly rozleniwione zwierzeta.

ch088 ch100 ch101

Slonie.

ch103

Pies przyszedl do klasztoru po nauki.

ch105

ch106

Chiang Mai jest bardzo kolorowe.

ch108

Tutejszy odpowiednik tuk-tuka.

ch110

kolezka

ch111

Odwiedzilismy fryzjera. Pan bardzo zdziwiony, ze widzi Trefla.

ch115

Odwiedzilismy targ spozywczy, gdzie kupilismy kielbase (T mowi, ze byla wyjatkowo super przyprawiona).

ch116

A potem ruszylismy przed siebie w poszukiwaniu muzeum miasta i regionu. Po drodze znalezlismy bardzo interesujace miejsca.

ch118 ch130

I wiewiorke, ktora darla ryja w nieboglosy. Pelno ich tu biega po kablach nad ulicami.

ch131

ch133

 

W koncu skonczyli z AIDS

cheic

ch135ch136

 

W koncu znalezlismy muzeum – dowiedzielismy sie wiele o tym jak budowano to miasto i o lokalnych ludach – szczegolnie o Lana. Tu kibicuje z kumplami ogladajac walke zukow.

ch138

Najlepszy obraz.

ch150

A potem znalezlismy antykwariat gecko – wielki wybor uzywanych ksiazek.

ch151
W niedziele w Chiang Mai odbywa sie targ z produltami recznie wykonanymi. Zakupilam tu cos dla Lecha – pozdro Leszeeek!

ch153 ch155 ch156

Znalezlismy tu specjal lokalny – makaron z jajek o ktorym troche czytalam. Kupilismy po miscie jedzonka i nie mielismy gdzie usiasc, kiedy jeden z mnichow zaprosil nas do sali, w ktorej urzedowal – zaszczyt 🙂

A na koniec jeszcze takie grafitti! Jutro ruszamy kreta droga do Pai.

ch158
g.

chpiciu

 

P.S. Mam kolege!

chps

0

Po tajsku w Tajlandii

Jako że od dwóch tygodni dzielnie robimy tu za turystów, postanowiliśmy spędzić jeden dzień tak, jak zrobiliby to Tajowie. Stąd po śniadaniu wyruszyliśmy do centrum Bangkoku, by udać się do dzielnicy centrów handlowych – tam chcieliśmy odwiedzić akwarium.

Tu jeszcze w parku przed palacem krolewskim (gdzie-nie-gdzie brak bedzie polskich czcionek – mamy ogromne problemy z komputerem). Jezdzace wiatraki i pan policjant zaklada wlasnie rolki.

P1100055

Wyjeżdżając ze starego centrum miasta, gdzie rezydujemy, od razu zauważyliśmy, iż w ścisłym centrum zwiększa się ruch uliczny – przez dłuższy czas staliśmy w głośnym korku. Tu zaznaczyć chcę, że T. jako jeden z niewielu białych w historii opanował system komunikacji autobusowej – stąd po mieście poruszamy się tanio i wygodnie.

P1100056

P1100060

Po odnalezieniu centrum handlowego (po drodze wypiliśmy kawcię, a T. zjadł jakieś pycha mięsko z ogórkiem) od razu wmieszaliśmy się w gigantyczną kolejkę Tajów. SUKCES!~

P1100066

Akwarium zajmuje tu całą powierzchnię piwnicy jednego z czterech gigantycznych centów handlowych, które konkurują ze sobą w tej dzielnicy. Dowiedzieliśmy się, że większości Tajów raczej nie stać tu na zakupy, stąd sklepy przeznaczone są dla ludzi z nieco wyższych sfer.
Po 20 minutach czekania T. założył kartonową czapeczkę, jaką dostają zwiedzające akwarium dzieci i BIEGIEM RUSZYLIŚMY NA KARMIENIE REKINÓW, NA KTÓRE BYLIŚMY NIECO SPÓŹNIENI.

P1100074

T. wystawał nieco spośród tłumu najmłodszych widzów żywo zainteresowanych drapieżnymi rybami.

Akwarium było fantastyczne – mają tu długi tunel, gdzie ogląda się ryby wszędzie dookoła, mają płaszczki i rekiny, tropikalne żaby, traszki, aksalotle, koniki morskie, OKROPNE, PRZEBRZYDŁE meduzy, ośmiornice, pingwiny, piranie I WIELE WIELE INNYCH SUPER KOLOROWYCH I FASCYNUJĄCYCH STWORZEŃ. Wybawiliśmy się lepiej od większości wrzeszczących i biegających dookoła dzieci.

1101 1102 1103 1104 1105 1106 1107 1109 1108 1110

1201  1203

1202

TAKA ZJEDZONA

1111

Potem poszliśmy coś zjeść do restauracji, której rekomendacje znaleźliśmy w jednym z oddolnie tworzonych przewodników, które zainstalował nam na telefonach T. BYŁO PYCHA I BEZ MIĘSA CZYLI NAJLEPIEJ.

Po jedzonku wyruszyliśmy do budynku wyglądającego jak centrum handlowe, jednak mieszczącego liczne galerie sztuki i sklepy z nimi związane – raczej nie sklepy… kafejki, gdzie można kupić rozmaite artefakty.

P1100101

P1100099

Tu obejrzeliśmy 8 pięter różnych dzieł. Trafiliśmy akurat na czasową wystawę poświęconą pani Iwazaki (?) i ilustrowanej książce dziecięcej! “Przeczytaliśmy” sporo książek po tajsku.

P1100103

P1100104

P1100106

Na samym szczycie budynku znajdowały się dwie przestrzenie do ekspozycji tematycznych. Górne piętro zajmowała wystawa dzieł Insona Wongsana , który inspirował się przez całe życie folklorem lokalnym. Chociaż na ekspozycji znalazły się głównie jego dzieła malarskie, realizował się najlepiej zdecydowanie w rzeźbie i rzemiośle artystycznym (głównie stolarce). Ogolnie dane nam bylo porozmawiac z samym autorem, ktory pytal sie T. czy jest artysta. Potem zdradzil nam fakt, iz jest to jego wystawa i opowiadal ze cala polske zaleje woda.

Poniżej (zwiedziliśmy tą wystawę od tyłu BO TAK), zestawiono ze sobą współczesnych twórców tajskich i dzieła z epoki, którymi się inspirowali. Założeniem wystawy było ukazanie tego, iż współcześni artyści wciąż czerpią garściami z tradycji lokalnej, folkloru i świętych tekstów religii. Tu podobało nam się zdecydowanie najbardziej.

1113 1114

 

TAKIE W UBIKACJI BYLY NAKLEJKI!!!11

1112

 

I taka focia, co sobie ja robily tez Azjatki (W TYM SAMYM MIEJSCU! i w takiej pozie) – czemu? Tego ne wiemy. Ale dzisiaj zachowujemy sie jak Tajowie.

1115

Przed galerią spotkaliśmy rubasznego Pana z Singapuru, który poinformował nas, że obchodzona dziś będzie rocznica śmierci króla Ramy V – bardzo zasłużonego władcy tajskiego. Na placu z jego pomnikiem co roku zbierają się tysiące ludzi – jednak ze względu na pogodę (padało!) zdecydowaliśmy się trzymać naszego planu. Ruszyliśmy więc w stronę retro kina (z lat 60), którego używa się do dzisiaj bez żadneju ingerencji w wystrój wnętrz.

Po drodze trafiliśmy przypadkiem na festiwal tatuażu 😀

P1100111

Mamy wyjątkowe szczęście, gdyż weszliśmy do kina w sam raz na seans. Zobaczyliśmy więc FURY z napisami tajskimi. CO CIEKAWE~!!!!! W kinie przed każdym seansem ukazany jest portret króla, a w tle leci hymn. Należy wtedy wstać i oddać szacunek władcy. Potem zaczynają się reklamy. Obejrzeliśmy więc film w sali kinowej, której nie zobaczylibyśmy chyba nigdzie indziej. Było tam całkiem zimno i pierwszy raz od dwóch tygodni zmarzliśmy.

P1100113

P1100114

A potem skierowaliśmy się już w stronę domu. Złapaliśmy autobus (jesteśmy z tej umiejętności wyjątkowo dumni) i jak codzień tu udaliśmy się do Jenny na piwo i coś do jedzonka. Było pycha! Wróciliśmy po 1 więc od razu położyliśmy się spać.

P1100117

CZAS NA NASTĘPNĄ PRZYGODĘ!

g.

P1100118

0

Ludzkie ciała — zwiedzamy miasto

Hejoooo,

1000

dzisiaj postanowiliśmy zgłębić dziwne tajemnice, jakie kryje stolica Tajlandii. W tym celu postanowiliśmy wybrać się na teren Uniwersytetu Medycznego, gdzie zobaczyliśmy wiele ludzkich ciał. Ale po kolei…

Wstaliśmy z lekkim opóżnieniem, bo o 8:20, ale wciąż udało nam się rano zrobić pranie (tak, wciąż pamiętam o zdjęciu komódki, w której mieszkamy, ale mam je na telefonie – mam dość dużą awarię z komputerem i pożyczam w tej chwili klawiaturę od hostelu), zjeść po toście i wyjść. Skierowaliśmy się prosto w stronę rzeczki, by za pomocą promu dostać się na jej drugi brzeg. Na naszej drodze stał jedak Pałac Królewski (dookoła niego krąży mnóstwo osób starających się zrobić turystów w konia) oraz departament obrony narodowej. NA SAMYM początku jednak wydostać się musieliśmy z naszej dzielnicy – w tym celu przeszliśmy przez targ oraz Khaosan Road – miejsce dla białych turystów, w szerokich luźnych spodniach, dreadach itd. Ogólnie nie za fajnie miejsce do mieszkania, ale cieszące się wielką popularnością wśród lokalnych sprzedawców.

1001

Kupiliśmy sobie zresztą po koszulce i półlitrową butelkę złocistnej herbaty z chryzantemy.

Szybko wydostaliśmy się jednak z tłumu przedawców sugerujących panu T., że powinien zaopatrzeć się w garnitur Armaniego. Trafiliśmy pod ministerstwo obrony. Każda z armat, które stoją przed głównym gmachem ma swoją nazwę:

1003

Trójgłowe słonie:

1005

Koło pałacu znajduje się mały parczek z fontanną, wokół której aż roi się od gołębi:

1006

1008

WIELE SZTUK GOŁĘBI NARAZ!!!111

W każdym razie w końcu dostaliśmy się na prom! Bangkok widoczny z rzeki

1010

Szybko znaleźliśmy kampus uniwesytecki i zlokalizowaliśmy wydział, który nas interesował. Potem zobaczyliśmy mnóstwo ludzkich kości i ciał. Ekspozycja była fantastyczna, jednak obowiązywał na niej ścisły zakaz fotografowania – stąd brak tu zdjęć bliźniąt syjamskich, źle rozwiniętych płodów czy ofiar morderstw lub ciał ich sprawców. Co ciekawe eksponuje się tu też szereg skór z tatuażami.

Kiedy skończyliśmy oglądać rzeczy opowiadające o ewolucji człowieka (dość mocno nastawione na homo erectusa), zaczęło lać. Spędziliśmy więc na uniweku dużo więcej czasu, niż pierwotnie planowaliśmy. Deszcz jednak przeszedł dość szybko i udało nam się ruszyć w dalszą drogę. Poniżej fragment kampusu:

1011

I uniwersytet z rzeki

1013

Wracając zahaczyliśmy o plac przed Pałacem Królewskim:

1015

A pan T. zjadł taco u kucharza, który kiedyś takie samo taco przyrządzał rodzinie królewskiej. Generalnie podobno jest słodkie.

1016

I RAPTEM trafiliśmy na ulicę, gdzie sklep po sklepie sprzedawał reprodukcje posągów Buddy:

1016a

1018

1031

A TU CO

1030

Szybko postanowiliśmy udać się na Złotą Górę – świątynię ze złotą stupą na szczycie, na którą można wejść, by obadać Bangkok z góry. Oto zółw, którego poznaliśmy po drodze.

1033

W połowie drogi dzwony i gong.

1035

1036

Pierwsze widoczki:

1038

1051

1053

Nikt nie czyta instruckji:

1050

Sama złota stupa:

1055

Młodzi mnisi (którzy pięknie śpiewali akurat jak weszliśmy):

1056

Ten fotograf miał chyba umówioną sesję – młodym nie za bardzo się to podobało.

1058

1060

1061

WIDOCZKI POWYŻEJ

Tu jesteśmy świadkami rytualnego oddawania ciała do zjedzenia sępom:

1063

I nagle zaczęło się ściamniać. Postanowiliśmy więc wybrać się odwiedzić krokodyla, który jest pod opieką mnichów. Przeszliśmy więc do innej dzielnicy miasta i jakoś udało nam się znaleźć właśnie to miejsce. Oto i on. Czytaliśmy gdzieś, że został tu sprowadzony przez mieszkańców, którzy nie chcieli by został zjedzony.

1065

Koło krokodyla leżały leniwe, mnisie psy:

1068

Potem, jako że pan T. rozkminił komunikację miejską, udaliśmy się na busa. Widzieliśmy dzięki temu przygotowania do jakiegoś dziadkowskiego święta – ludzie wykonywali dziadowsko bardzo marną choregorafię przez tym pomnikiem:

1080

Jako że byliśmy w okolicy rzuciliśmy jeszcze wzrokiem na nocny market. Tajowie nie dają sobie w kaszę dmuchać – jak sprzedają kwiaty to robi to milion osób na 60 ulicach naraz przez całą noc.

1081

1083

1085

A na koniec dnia (prócz pycha jedzonka i piwcia) zafundowaliśmy sobie coś, co obiecaliśmy sobie nawzajem, że zjemy będąc tu. ROBALE.

1086

Smakują zupełnie nie-jak-kurczak.

g.

1088

0

Jedna noc w Bangkoku

No… może nie jedna. Bo czeka nas ich tu kilka, a potem jeszcze tu wracamy, ale na pewno pierwsza. Pierwsza noc w Bangkoku.

Prawie cały dzień spędziliśmy wczoraj na dojazdach, więc do stolicy przylecieliśmy już po zmierzchu. Od razu też lunęło z nieba (już w samolocie widzieliśmy jak błyska). Staliśmy więc w strugach deszczu pod jakimś daszkiem przystanku, kiedy podeszła do mnie pani z Nowej Zelandii z pytniem, czy być może nie udajemy się w ich stronę i nie chcemy zrzucać się na taksę. Okazało się, że istotnie mieszkamy blisko, więc się zgodziliśmy. Raz-dwa załatwiła taksówkę i wraz ze swoim partnerem zajęli w niej miejsca, a my tuż za nimi. Podróż z nimi była fantastyczna. Wciąż się targowali, udawali obrażonych, opowiadali o swoich podróżach i przeczekiwaniu zimy przez ostatnie 6 miesięcy. Próbowali też dyskutować z kierowcą i klaskali w dłonie kiedy słyszeli mój angielski – używam ponoć najlepszych słów jakie istnieją.

DOJAZDY:

901

Go-busters.

902

Spoko piktogram.

903

 

HEKSIK

904

MAN A FISHBALL!

W końcu trafiliśmy pod hostel i wkrótce przestało padać. Wybraliśmy się więc na szybki, nocny spacer.

905

Tu mała kapliczka w jednej z super wąskich uliczek przy naszym hostelu. Wleźliśmy rzecz jasna w kilka z nich i okazało się, że potrafią być ślepe. Malusie żyły miasta tętniące życiem nawet o tak późnej porze.

906

W Bangkoku wszędzie na wierzchu są kable. Prowadzą do takich urządzeń:

907

Po długim spacerze, jedzeniu ze straganów i piwku, postanowiliśmy udać się z powrotem do hostelu. Czas było spać i czekać na poranek i podróż do Auytthaya.

Rano zjedliśmy śniadanie, które mamy w cenie pokoju (MIESZKAMY W KOMÓRCEEEE! dosłownie – albo w szafie:D) zapłaciliśmy za nocleg i poszliśmy przed siebie.

Kłamstwa:

908

A tutaj przystanek autobusowy. Musieliśmy dotrzeć do terminala autobusowego- a tu niespodzianka. to co widać to RĘCZNIE PISANE instrukcje. Tak – krok po kroku. To nie są numery busów.Nie wiadomo też jakie mają trasy oraz jakie podjeżdżają tu numery. Do busów wskakuje się zresztą prawie w biegu.

909

910

Wszędzie na ulicach są stragany z rzeczami.

911

W busach są tacy panowie i panie, od których kupuje się bilety. Mają takie cylindryczne pudełka, którymi z wielką wprawą operują – wydają resztę, dzielą i rozdają bilety itd.

912

W busie poznaliśmy pana, który żywo zainteresowany był Polską. Myślał, że T. jest piłkarzem, bardzo bawiło go to, że naszymi sąsiadami są Niemcy i Rosja, pytał o naszą walutę (dałam mu złotówkę, za którą sperzentował mi 10 baht) i sławnych ludzi.

Wkrótce dotarliśmy do przystanku, który nas interesował i przeszliśmy przez park.

913

914

Tu trochę zboczyliśmy z drogi i przeszliśmy przez jakiś budujący się plac z straganami.

915

ANARCHIA!

916

917

918

Przy busach postanowiliśmy zbadać targ.

920

Spoko koszulka?

921

Po dwóch godzinach jazdy dotarliśmy w końcu do Auytthaya. To było kiedyś największe miasto na świecie, zanim nie zostało kompletnie spalone a stolicy nie przeniesiono do Bangkoku. Teraz świadczą o tym tylko ruiny, które rozrzucone są po całym współczesnym mieście.

W poszukiwaniu skuteru do wynajęcia przeszliśmy przez targ miejski. Tu kroliki, psy i koty:

922

Stupa na środku ronda:

923

Jadąc na skuterze wywiało mi mapę, na której zaznaczyła nam trasę pewna super miła pani. Postanowiłam więc wrócić się pieszo na wiadukt i po silnych staraniach udało mi się ją odzyskać (WIELE JADĄCYCH SAMOCHODÓW ZEWSZĄD!). Rozmazane, ale triumfalne:

924

W całym mieście pełno jest leniwych, rozespanych, przyjaznych, bezpańskich psów.

925a 925b 925c 925d925e 925f

 

Śpią WSZĘDZIE. W Bangkoku zresztą też jest ich dużo.

926

Płaskorzeźby przy wielkim złotych posągu Buddy. A tu sam posąg:

927

Nie wiem czy to widać, ale na jego dłoni stało dwóch facetów, którzy naciągali na rzeźbę draperię. Serio był gigantyczny.

928

 

Google translate- spoko tabliczka.

929

W Tajlandii funkcjonuje inny kalendarz. Daty są przesunięte względem naszych o 543 lata.

930

A tu już same stupy. U góry (bo wleźliśmy) siedział mnich koło studni.

 

TREFLU UWAŻAJ!

932

933

 

Żółw w rzece:

934

Wiewiór:

935

Gdzie jest pan T?

936

Stowarzyszenie umieszczania rzeczy na rzeczach byłoby ze mnie dumne:

937

Na ziemii znalazłam 20 baht i kupiłam za to ten kamień (potem kupiliśmy też za to wodę):

938

Wszystkie kompleksy, a właścwie to, co się z nich zachowało, robią ogromne wrażenie. Zakony, wielkie, górujące nad okolicą stupy z czerwonej cegły i kamienia, oraz przepastne założenia zieleni dają naprawdę wypocząć w Auytthaji. Nie wyobrażamy sobie jak pięknie musiało wyglądać miasto w czasach świetności, jednak Europejczycy uważali je za najpiękniejsze na ziemii – dookoła wyspy (tylko Tajowie mogli na niej mieszkać) zachowały się zresztą osiedla holenderskie, portugalskie itd.

Głowa jednego z posągów Buddy (ciało zaginęło), teraz wkomponowana w drzewo. Przy niej się kuca, żeby oddać cześć oświeconemu.

939

Takie chadzają sobie wzdłuż ulic.

940

 

 

Cały dzien oddawaliśmy szacunek wizerunkom Buddy, więc zrobiliśmy jedno humorystyczne zdjęcie, z największym śpiącym Buddą w Tajlandii:

941

Latający ANANAS! świeżutki zresztą, nie tam jakiś z puchy! (w tle Wat Maha That)

942

Ponownie weszliśmy na samą górę – prowadziły tam szalenie strome stopnie. Nie wiemy czy można tam wchodzić…

943

STOPNIE:

944

 

Tu ja na naszym super skuterze (na którym zresztą udało nam sie wywrócić dzisiaj – nie ma strat w rannych): 945

Potem szukaliśmy jedzenia (bo od 7 nic nie jedliśmy – T zjadł jakąś super zupę,mi udało się znaleźć coś dla siebie dopiero w stolicy). MAM NADZIEJĘ, ŻE TO BŁĄD W PISOWNI:

 

946

 

Victoria Memorial:

947

I WRÓCENI!

Trochę padamy bo czujemy kilometry w nogach, więc ja odmeldowuję się do jutra. T już śpi na materacu w naszej komodzie – może jutro uda mi się zrobić jej zdjęcia przed praniem:)

g.

1

SKUTERSYNY

W nocy małpy wróciły. Prybyły po zemstę za kokosa i starały się dostać do domku przez okna i pomiędzy deskami od podłogi.

G: Dude, wstawaj. Małpy przyszły się bić.
T: zzz…
G: DUDE. MAŁPY.
T: Skąd wiesz?
G: Widze *pokazuje na małpy*
T: zzz…

 

Od rana słyszę, że powinnam go obudzić, żeby mógł się z nimi pobić.

W każdym razie przyszedł czas pożegnania z Tarutao. Poniżej ostatnia fota z wejściem do parku państwowego.

801

Wkrótce wsiedliśmy do Speed Boat’a i popłynęliśmy przed siebie. Pan z rezerwatu zasugerował nam, byśmy po drodze obadali również inne wyspy, które znajdują się w pobliżu Tarutao. Zatrzymaliśmy się więc na jednej malutkiej z kamieniem z dziurką (poniżej ja z jedynym charakterystycznym punktem na malusiej plażyczce).

803

804

Potem dane nam było zobaczyć Lipe. Koh Lipe to bardzo sławny cel turystyczny, gdzie biali, Malezyjczycy i Chińczycy przybywają nurkować. Nie spodobało nam się tam i utwierdziliśmy się w przekonaniu, że Tarutao było dobrym wyborem na pierwszy kontakt z wyspami Tajlandii.

O taka przejrzystość w wodzie:

805

Wróciliśmy na moment na Koh Tarutao, a potem ruszyliśmy z powrotem na ląd do Pak Bara (na wodzie złapał nas deszcz i krople zacinały w skóre niczym pociski). Tutaj przekąski:

807

808

Ponownie udało nam się załatwić transport i pojechaliśmy do Tasae, skąd wypatrywać mieliśmy łódki, która zabrać nas miała do Koh Sukorn.

W drodze udało nam się zrobić zdjęcie miejsca do tankowania. Lejek i butelka z olejem. Kosztuje grosze.

809

810

Po około 2 godzinach znowu odbiliśmy od lądu. Pożegnał nas zresztą niemały tłum, któremu bardzo się z jakiegoś powodu spodobaliśmy. Wszyscy się do nas uśmiechali i pytali o imiona.

811

Na Koh Sukorn już w porcie znaleźliśmy Tuk-tuka (skuterek z koszem z siedzeniami) i pan zabrał nas do naszej nowej chatki. Okazała się być właściwie na plaży, a poza parą holendrów (którzy zdaje się tam mieszkają) ponownie byliśmy jedynymi białymi na wyspie. Rozgościliśmy się, zjedliśmy curry i NATYCHMIAST się ściemniło. Wyszliśmy na plaże i znaleźliśmy tryliardy krabów pustelników – wielkości kciuka albo piłek od baseballa.

813

Taka żaba w szafie na wadze (ważymy się w szafie).
Potem położyliśmy się spać.

812

Rano

814

Wynajęliśmy skuter! i postanowiliśmy objechać całą wyspę.

814b

Czaszka krowy obserwuje sieci na wzniesieniu.

815

Nasz skuter:

817

Widoczki

820

816

819

818

Wioska (na wyspie Sukorn są 3 wioski).

822

Jedna z nieprzejezdnych dróg.

821

Ludzie zostawiają tu kluczyki w stacyjce.

823

RAPTEM! za rogiem – zdaje się, iż zbierają żywicę.

824

825

Znaleźliśmy wyżymaczki w jednym z domów na uboczu.

826

Krowy w lesie z malusią krówką.

827

Mini-kura.

828

Lepsza fota silnika.

829

To przy porcie, do którego przybiliśmy. Rzeźba trzech delfinów (w Pak Bara były dwa Merliny – widziałam jak wyskakują z wody w powietrze) w lampkach od choinki.

830

Tu w loklnym sklepie.

831
Gołąbek w klatce.

832

To widok za płotem od naszej chatki.

833

834

Jade sobie.

835

Całą wyspę Sukorn da się objechać właściwie w 3 godziny – robiliśmy mnóstwo przystanków, “rozmawialiśmy” trochę z lokalnymi, pokazywaliśmy sobie kury, krowy itd. Zahaczyliśmy również o punk widokowy.

Zwierzęta przy falochronie.

836

837

Wioska.

838

839

Tu przy porcie rybackim.

840

Przy drogach na wyspie ustawione były dystrybutory paliwa na monety.

841

Chatka przy miejscu, gdzie zbierają się rybacy. Obok, na mule stały łódki, które czekały na przypływ.

842

Zatrzymaliśmy się tu na kawę (po 1,25 ,-). Przedstawiam też moją nową portmonetkę (za dużo obcych walut i zaczęły nam się mieszać).

843

Taki jegomość leżał na asfalcie (na wyspie było dużo kotów, ale nie znaleźliśmy ani jednego psa!) – tak zareagował jak go dotknęłam.
Łódki czekają na powrót do pracy.

844

845

Szkoła.

847

Tu grillowane ośmiornice.

849

Ten bykor bardzo ne chciał, żeby T. podchodził bliżej.

850

…wkrótce dowiedzieliśmy się czemu.

851

Wieczorem zaczęło padać. Zjedliśmy warzywa i mięso jakieś i udaliśmy się na spoczynek. Pobudka planowana była na 6 lub 6:30, potem szybkie pakowanko, być może śniadanie i ponownie wybrać musieliśmy się na przystań. Stamtąd mieliśmy nadzieję załapać się na łódkę pełną ludzi, którzy wysiąść by chcieli w Tasae. Wszak o 16 lot do Bangkoku.

848

g.

1

Mamo, mamo! Zdobyłem jedzenie!

Tarutao wciąż jest puste.

704

Wczoraj otrzymaliśmy jego super-nie-dokładną mapę, więc po śniadaniu (na wyspie prawie nie ma jedzenia, bo komu by je tu wydawać?) zdecydowaliśmy się zobaczyć, co też kryje. Jako że nie ma tu turystów, nie da się wynając skutera ani motocykla, żeby ruszyć na drugi koniec wyspy, kiedyś używany jako więzienie. Dzisiaj podobno okrada się tam zainteresowanych przybytkiem, więc może to nie tak źle.

Spakowaliśmy się więc i ruszyliśmy przed siebie w las, by znaleźć plażę, na której lęgną się ponoć żółwie morskie. Dzieliło nas od niej jakieś 3 godziny marszu, a dzień zapowiadał się upalnie (więc najprawdopodobniej po południu miało padać). Kleiliśmy się więc jak parówki w miodzie.

702

703

Znaleźliśmy przepompownię i postanowiliśmy zobaczyć co jest w środku.

706

705

727

Po drodze widzieliśmy wiele zwierząt. Obiecałam, że zrobię listę wszystkich, które spotkaliśmy na Tarutao. Oto ona:

1) dziwne robale (stonoga//mieszadełko do drinków//żuk z batsymbolem//skorpo-szczypawa)

708

723
2) małpy

711

3) pies
4) koty
5) dzikie świnie (od rana przychodziły pod drzwi — obiecałam lepsze foto i oto one:)

701

6) dziwne, kolorowe ptaki
7) muchy
8) komary
9) kraby
10) ryby
11) geckony
12) aligatoro-legwany
13) motylki

14) CYKADY!!!!!!!!!!!! (albo jedna, ale słyszeliśmy ją wszędzie!!!!!1111)

15) orły

16) czaple

W trawie ukryty był też dom dla duchów, ale w okolicy nie znaleźliśmy żadnego domostwa.

707

A droga biegnie dalej…

709

710

Raz na jakiś czas widzieliśmy też taki kamień.

712

W końcu znaleźliśmy plażę. Jej początek tworzyły kamienie, jednak widzieliśmy, że dalej jest piaszczysta.

713

Tu mam super pozę. Proszę się nie śmiać – wszystko da się wytłumaczyć.

714

Na kamieniu:

715

T. przejmuje plażę.

716

O ile nie znaleźliśmy żółwi (to nie jest chyba ich okres lęgowy), to napotkaliśmy wielkie ilości naraz krabów. Budowały sobie tunele i wynosiły kulki piasku.

717

718

719

Pancerz hitynowy wielkości palca.

720

A potem treflu pobił się z małpami o kokosa. Wygrał.

721

Ale jeszcze trzeba było go otworzyć.

722

Zwycięstwo!

724

725

728

W drodze powrotnej złapał nas mega deszcz. Mieliśmy swoje super wdzianka, więc nie musieliśmy przerywać marszu. Zaniechaliśmy jednak wyprawy na wodospad – być może uda się ją wcisnąć jutro rano, lub zastąpić czymś innym.
Jako że jesteśmy tak blisko równika super szybko robi się zetta ciemno. W tej chwili nie widać dosłownie nic poza światłami na horyzoncie i kilkoma światłami tu na wyspie. Stąd chyba wcześniej położymy się spać. Tym bardziej, że z obserwacji orłów po ciemku też nici, zjadają nas komary, a miejsce gdzie można by było coś zjeść lub napić się piwka zamknięto na kłódkę…

729

Na Tarutao prąd jest tylko od 18:30 do północy. Dodatkowo nigdzie nie ma gniazdek, więc T. jedno dla nas zrobił metodą taką jak widać – przejściówka, puszka z bezpiecznikami i sznurek. Można? Nie za bardzo, ale się da.

g.

0

Małpy i świnie

Jak pisałam, wypiliśmy stanowczo za dużo. Przez całą kolejną dobę mieliśmy zresztą to odczuwać.

A zaczęło się od tego, że zaspaliśmy. O 9 mieliśmy stawić się na busa do Pak Bara, skąd zabrać miał nas statek na Koh Tarutao. Niestety o 9 się obudziliśmy.

Spakowałam nas, posprzątaliśmy, oceniliśmy straty — w postaci kupionego wczoraj parasola — i ruszyliśmy do centrum miasta.

601

W informacji turystycznej, którą dzień wcześniej pokazał nam pan ze stacji (nazywamy te info PokeCenter — w każdym jest typ, na podobieństwo siostry Joy) wytargowaliśmy transport do Pak Bara (1,5h samochodem), skąd po 30 min zabrać nas miała łódka.

602

603

604

I to nie byle jaka łódka. Nie tam żadna motorówka czy coś, ale łódka z TAKIM SILNIKIEM (od auta jakby co):

605

Do Koh Tarutao płynie się z lądu około godziny.

606

607

WIDOCZKI

608

609

610

611

612

Konwersujemy z tubylcami.

613

Rybki:

614

Jak się okazało na wyspie jesteśmy sami – w sensie jako turyści. Nikt nie zdażył tu jeszcze przyjechać (niedługo po nas jedna pani ale widzieliśmy ją 2 razy). Mamy dla siebie całe plaże i szlaki przez las deszczowy.

Tutaj myśle, jak bardzo wolałabym być gdzieś indziej – np. w pracy albo na uczelni. Najgorszy urlop.

615

T. poznaje lokalną faunę.

616

Nasza plaża.

617

Koleżka w domku.

618

T. znalazł wodę.

619

Doczytaliśmy sobie o lokalnie występujących gatunkach meduz, które są jadowite.

620

I dobrze, bo 15 min potem jedna mnie oparzyła (w tle kot, którego dokarmiam w trakcie posiłków — staramy się jeść dwa dziennie, mamo :> )

621

Ale czuje się A-ok!

A tu zdjęcie dzikiej świni, która zachodzi naszą chatkę – trochę jak w Windwakerze?? Mam zamiar zrobić jej jutro lepsze zdjęcie (lub którejś innej, bo jest tu całe stadko).

622

g.

0

Deszcz i klapki

Po DŁUGIEJ podróży pociągiem dotarliśmy do granicy z Tajlandią. Po odprawie paszportowej udaliśmy się na kawę i rundkę Neuroshimy.

501

502

503

Nie mieliśmy jednak dużo czasu, gdyż dojechać musieliśmy do Hat Yai – wróciliśmy więc na swoje legowiska i graliśmy dalej.

504

W końcu wysiedliśmy w Hat Yai. Do jadącego jeszcze pociągu wskoczył facet, który chciał zaproponować turystom dalsze wycieczki. Nas pod ramię wziął inny pan, który zaprowadził nas do pośrendika załatwiającego w mieście transporty do innych miejscowości. Odnotowaliśmy, gdzie znajduje się jego biuro i ruszyliśmy w poszukiwaniu naszego miejsca do spanka.

505

506

Hat Yai ma wzdłuż torów wiele sprzętu – poniżej drezyny.

507

508

509

510

Kura ucieka w krzaki przed T.

511

Klatki z ptakami.

512

513

Kiedy zamierzaliśmy się udać do odległ ego od miasta parku w górach z nieba lunęło i zaczęła się burza z piorunami. Aż żaba postanowiła uciec na ścianę.

515b

 

514

Pożyczyliśmy więc parasol i żeby nie siedziec bez sensu udaliśmy się w poszukiwaniu jedzenia.

Trafiliśmy na miły przybytek, gdzie Panie (a chyba z 7 pań z nami rozmawiało na raz) stwierdzily, że chociaż nie mają nic do jedzenia bez mięsa (narsywoałam przekreślone zwierzęta ku ogólnej uciesze zgromadzonych, jako że tu nikt już nie mówi po angielsku) coś specjalnie dla mnie przyrządzą. Dostałam omlet, warzywa w sosie i ryż.

517

AHA! I kupiliśmy w końcu parasol własny i takie foliowe wdzianka, z których nie mogłam przestać się śmiać (teraz jak to piszę również się hihram!) – ubraliśmy też klapki – prawie się nie posikałam ze śmiechu.

520

519

518

521

Przeszliśmy się po mieście (4 co do wielkości miasto tajskie – 150k mieszkańców). Poniżej siedziba BOP (jako że cała Tajlandia wygląda super falloutowo to uznaliśmy, że musiało ją wybudować bractwo pod wplywem alkoholu).

522

I dom dla duchów (przy każdym praktycznie taki stoi, żeby mieszkały tam a nie rozrabialy w tym mieszkalnym).

523

Trafiliśmy w końcu do NAJLEPSZEGO baru pod słońcem – grali tu muze z lat 50! Mieli pycha jedzenie (podobno bo jadłam tylko nerkowce).

524

A potem na żywo grała kapela.

526

Bardzo się zaprzyjaźniliśmy z jej członkami. Rozmawiać było ciężko, ale daliśmy radę.

Motor zbudowany z… no właśnie.

525

Wypiliśmy stanowczo za wiele, a rano znalazłam to zdjecie na aparacie – nikt z nas go nie pamięta.

527

g.

2

Kuala Lumpur – czas umierać -_-

Ok. Jesteśmy w stanie znieść bardzo wiele, ale Kuala Lumpur nie daje nam zbyt korzystnego obrazu Malezji. Zdajemy sobie rzecz jasna sprawę, że nie można oceniać Państwa po jednym dniu spędzonym w stolicy, ale właśnie z niej wyjeżdżamy i jesteśmy bardzo szczęśliwi. ALE PO KOLEI IGA DOKĄD TAK PĘDZISZ DZIEWCZYNKO

Po 4h snu zwlekliśmy się z łóżka i pożegnaliśmy się z Singapurem. Straciliśmy co prawda depozyt, ale priorytetem było zdążyć na pociąg więc zbyt długo z tego powodu nie płakaliśmy. Po krótkim biegu w pełnym ekwipunku, dość pokaźnej ilości przystanków metra, przesiadce i szybkiej jeździe taksówką zdążyliśmy na peron. Wbiegając zderzyliśmy się z kolejką ludzi, którzy również czekali na ten sam pociąg. Odprawa paszportowa zajęła nam pozostały czas do odjazdu (pan co mnie odprawiał śpiewał niby pod nosem Boba Marleya). A potem hops do pociągu!

7 godzin oglądaliśmy palmy, muliste rzeki,

400a

palmy

400b

drzewa

400d

400c

palmy

400x3

400x1

stacje, gdzie do oznaczenia kierunków użyto opon (bardzo spoko pomalowanych)

400e

400x2

palmy

400g

i palmy.

W pociągu nie było zresztą ciekawiej. Były coprawda drzwi z XXI wieku, które otwierały się i zamykały wraz z tym jak kołysał się pociąg, bo najprawdopodobniej przewidywały, że ktoś może chcieć przez nie wyjść.

400x6

Troche kabli i telewizor z oderwanym przewodem.

400f

Stąd T douczył mnie zasad Neuroshimy Hex.

Chwilę przed Kuala Lumpur zaczął padać deszcz.

400

400x4

Znalezisko

401

Wysiedliśmy na nowoczesnym dworcu, połączonym z centrum handlowym (bida nam, gdyż to samo zdaje się czeka nas we wrzeszczu) – wymieniliśmy walutę, wepchnęliśmy plecaki do szafki za 20 RM (dałam facetowi 20 centów dumna a on się spojrzał mniej-więcej jakbyście kazali dać komuś 20 zł, a on by wyciągnął dłoń z 20groszówką) i ruszyliśmy przed siebie.

402 404

Kuala Lumpur tonęło w strumieniach utworzonych przez deszcz, który widzieliśmy z pociągu. Przestał już padać, ale zostawił kałuże przez które ochoczo skakaliśmy jak żaby.
Najlepsze w tym mieście jest jednak to, że nigdzie nie ma chodników. Omijaliśmy samochody jak klasyczny Frogger i przedzieraliśmy się przez kolejne drogi pełne samochodów i autobusów.

405

W KL trawaja budowy, gdyż miasto chce podobno dorównać Singapurowi – stąd budują wszystko co tylko mogą i gdzie tylko mogą.

406

Naszym celem był historyczny dworzec miejski. Mieliśmy cynk, iż zobaczyć tam można stare pociągi. Po kolejnych tunelach, kałużach i prebieganiu przez ulice z pasa na pas udało nam się go nawet znaleźć.

407

408

Niestety pociągi jak się dowiedzieliśmy zostały już stąd usunięte.

409

Ruszyliśmy więc do Chinatown przechodząc przez kładke nad rwącą rzeką błota i śmieci.

410

411

412

413

 

Poniżej Bub i Bob z Bubble Bobble

414

 

BAM! Brama!

425

Lampiony i parasole!!

421

422

415

416

417

 

Świątynia hinduistyczna obowiązkowo:

418

419

420

Tu T zjadł mięso na patyku w bleble (któr e mu smakowało), a potem zasiedliśmy do wschodniej kuchni, z nastawieniem na specjały induskie.

426

427

428

429

430

mmm-mmm-mmm! KOKOS (ja ne lubie…)

Spoko policjant.

423

Pikaczu.

424

Bardzo dziwne znalezisko w ubikacji w dziwnym centrum handlowym w dziale sztuk pięknych.

431

432

 

(proszę zwrócić uwagę na szczypce?)

Kawa (Kopi – uwielbiam to, że jest tu tak wiele słów dźwiękonaśladowniczych z ang).

400x7

Wsiedliśmy sobie do Monorail (Monorel) i ruszyliśmy z powrotem na dworzec.

434

433

Takie tam Kolam (kola) — obrazy z proszku ryzowego – z okazji święta Diwali.

435

Kuala Lumpur od Singapuru ściągnęła też hodowanie mopów – ten czeka na właściciela przed sklepem. Bidulka zmęczona…

436

Potem obejrzeliśmy trochę czasopism, komiksów i książek dla dzieci i udało nam się rozpocząc jeszcze jedna rundę w Neuroshimę (WYGRAŁAM!).

437

W tej chwili natomiast siedzimy na miejscach w pociągu sypialnym, którym to za 12h przekroczymy granicę Tajlandii. Tak sobie urządziliśmy.

439 440 441

Do jutra!

442

g.

0

oops!

jakby co to kolejna dobe spedzamy w pociagu i sprawdzajac o co chodzi w malezji bez internetu – ne zginelismy!!!! jesli uda mi sie gdzies zalogowac to z pewnoscia cos napisze

1

Powoli żegnamy Singapur

OU HAI!

Dzisiaj ostatni dzień w Singapurze i wkrótce wyruszamy za granicę. Postanowiliśmy więc ruszyć się z centrum i zobaczyć jak wyglądają dzielnice dookoła i na tak zwanym “wypizdowie”. Wsiedliśmy więc w metro i pojechaliśmy daleko daleko daleko. Po drodze udało nam się kupić śniadanie, które zjedliśmy jak cywilizowani ludzie – na placu zabaw. Oto śniadanie, ale nie zwracajcie jeszcze na nie całej swojej uwagi, bo za chwilę chciałam jeszcze wrócić do metra:

303

 

Buła z parówą.

302

 

Ne-za-dobre picie.

304

 

Piknik pod drzewem na miękkim podłożu placu zabaw.

W KAŻDYM RAZIE!

Jako że Singapur jest krajem zaawansowanym i dobrze rozwiniętym ludzie starają się tu sobie nie wchodzić w drogę. Widać to generalnie wszędzie – od tego, że stają po JEDNEJ stronie schodów ruchomych, dzielą się na pasy ruchu w tunelach itd. Stworzono maskotki w metrze, które mają przypominać podróżującym, że nie są pępkiem świata. Jest więc Glenda, która rozdziela ludzi, by stawali po prawej i lewej od otwierających się drzwi, by Ci, którzy znajdują się wewnatrz mogli sprawniej opuścić pociąg; jest Hannah, która zawsze ścisza muzykę w osobistym playerze, czy Benny, odkładajacy torbę na ziemię, by nie zawadzała innym (jest ich więcej – dowody poniżej):

benny

hannah

martin

YAAAAY. Ok – wracamy do śniadania. To piciu co tam jest można tu kupić w wielu smakach – jest arbuz z lodem (zmixowany), jest mango, jest lyche albo trawowa galaretka. Każde z nich ma super wzór u góry na folii, przez którą wbija się słomkę.

318slon

Słoń

 

306dzieci

Dzieci

305zyrafa\

Żyrafa (T ją zabił)

319skarpeta

Skarpeta

OK! Wystarczy o pysznym i ne-za-dobrym piciu. W każdym razie weszliśmy w dzielnice domków, żeby obczaić co i jak.

307a

307

Jak widać – domki z ogródkami.

308

ZAMORDUJE TWOJĄ RODZINĘ.

309

Koi w zapuszczonym stawie.

310

Przystojniaczek.

Przez jakiś czas szliśmy bokiem autostrady i trafiliśmy na fabrykę torfu:

311

To nie jest autostrada – skręcało się z niej do fabryki torfu, jeśli nie chciało się jechać do Malezji.

312

Takich tu pełno. Serio pełno.

W końcu trafiliśmy na cmentarz wojenny z pomnikiem. Leżą tu żołnierze polegli w 2WW, którzy bronili Singapuru przed napierającą Japonią. Znalazło tu swoje miejsce również nieco ludzi z 1WW.

313

314

315

316

317

 

Udałonam się nawet znaleźć dokumenta, które mówią o parcelach i tym, kto gdzie dokładnie leży, ale pewnie za ich przeglądanie grozi kara śmierci, więc zostawiliśmy je w spokoju. Na ścianach za pomnikiem rozpisane jest 24 tysiące nazwisk poległych. Spędziliśmy tu jakiś czas przed wyruszeniem w dalszą drogę.

Wróciliśmy do miasta i przeszliśmy się nad rzekę, gdyż ten dystrykt nie był nam jeszcze znany. Postanowiliśmy zbadać wycieczki łódkami, które zabrać by nas miały do Marina Bay, gdzie chcieliśmy rzucić okiem na ArtScience Museum.

320

321

322

323

 

Szliśmy i szliśmy, by znaleźć najdalszy przystanek.

324

I szliśmy dalej i dalej – przez tunele, przez teren budowy nowej stacji metra, która ma zostać ukończona w 2017 roku, przez parki i ulice…

325

 

326

 

Taki kolorowy most ^

327

 

328

Tu dokarmiam sławne Singapurskie mopy. Za to też jest kara i to nie mała. Ogólnie to ciekawa sprawa, bo o ile hitoria Singapuru nie jest zbyt dobrze znana, wiadomo, że mopy przybyły tu z Austrii. W tej chwili nie przypominają rzecz jasna tych, które zostały tu sprowadzone około 15 wieku – są zdecydowanie smuklejsze i mają inną barwę. Pocieszne stworzenia.

Jako że nie znaleźliśmy satysfakcjonującej nas oferty podróży rzeką, zdecydowaliśmy się ściąć drogę do najbliższej linii metra przez osiedla mniej dostojne. Weszliśmy więc w blokowiska i obserwowaliśmy jak żyją inni, podobni nam ludzie w Singapurze.

329

330

 

Podobnie jak w Japonii, tu koty też wzięły się z kosmosu.

332

331

 

A potem kolacyjka, długie zakupy i czas na pakownie.

Odmeldowuje się i ruszam ogarniać rzeczy, bo jutro uciekamy z kraju.

g.

 

0

Takie tam z Singapuru

Hejo!

Kolejny dzień za nami- co dziwne w ogólnie nie czujemy zmęczenia ani po braku snu, ani po całym dniu chodzenia. A trochę dzisiaj przeszliśmy.

Zupełnie z rana zobaczyliśmy w końcu Chinatown – dzielnice w centrum, w której mieszkamy. Chociaż kiedyś służyla tu mniejszości chińskiej dzisiaj funkcjonuje głównie jako dystrykt dla turystów i służy do podtrzymania dawnych tradycji. A! I można kupić tu oczywiście mnóstwo rzeczy zrobionych wiadomo gdzie.

P1090114

P1090115

P1090116

Mieszkamy zaraz obok seks-szopu jakby co. Podoba mi się inwencja wprowadzenia do businessu niemowlaków??

Singapore ma zaskakująco wiele zakazów. Sami mieszkańcy to zauważają i traktują z dużym dystansem. Z ograniczeniami drukują też koszulki i kartki pocztowe

.P1090117

 

A tak wyglądają same sklepy głównie:

P1090118

 

Świnki:

P1090119

P1090126

Symbolem Singapore’u jest lew (to się wzięło z legendy, która opowiada o założeniu tu miasta). Jako że to miasto portowe zwykle przedstawiany jest jako pół-lew, pół-syrena.

P1090122

P1090124

Znaleźliśmy szybko miejsce, gdzie wczoraj omawialiśmy z kelnerkami opcje obiadowe i zjedliśmy śniadane – obiad na śniadanie \o/

P1090127

Uh???

P1090129

P1090130

Chinatown widzimy jak narazie conajmniej dwa razy dziennie. Po śniadaniu (ogon krokodyla! ORAZ! jak spoko jest słoik, z którego piłam?) wyruszyliśmy więc do Little India.

P1090138

P1090139

 

P1090142

Przechodziliśmy przez tą dzielnicę w poszukiwaniu marketu złodzieji, który niestety był zamknięty (nie wiemy, czy ze względu na to, że jest niedziela, czy przez remont drogi, na której części się odbywa). Mamy za to dowody, że Singapur pełną parą przygotowuje się do Halloween:

 

P1090146

 

A tu troche Dark Souls:

P1090145

 

Obok jest Sim Lim Square- tam zaopatrzeć się można w tanią elektronikę. Jest z czego wybierać, bo budynek jest wysoki i przestronny, a cały wypełniony straganami.

P1090149

P1090152

P1090162

 

Hello Panda!

P1090163

Trafiliśmy też do uniwersytetu artystycznego.

P1090164

A potem skierowaliśmy się w stronę Muzeum Narodowego.

P1090173

P1090174

 

Super wykonana ekspozycja, która przybliżała Historię Singapore’u.

 

P1090175

P1090176

Spoko Nutria i żółwie z rysunków przyrodniczych okolicznych stworzeń.

Ekspozycja obejmowała zarówno czasy najdaniwjesze (o nich nie za wiele wiadomo, gdyż albo nie było kronik na ten temat, albo spłonęły w pożarze około X wieku), jak i współczesne.

P1090180

 

Tu klatki dla ptaków z wikliny, a niżej propaganda z II WW.

P1090186

 

P1090187

 

Trochę nie kumam tych rowerów, ale miały prezentować rozpoczęcie wojny 7 grudnia.

P1090188

I trochę nowoczesnego designu:

P1090190

MASZ TY W NOSA KOZO!

P1090191

Oglądaliśmy też kilka wystaw fotografii i sklepik:

P1090193

 

Po Mortal Kombat Liu Kand zajął się dziedziną artystyczą.

 

Spoko instalacja na zewnątrz muzeum:

P1090194

 

A potem szybko na piknik do fortu Canning:

P1090195

 

Piwo korzenne, lody czekoladowe, tofu w szpinaku, wołowina i miliard innych rzeczy – tak mamo, jemy 😀

W forcie jest zamknięty teren ogrodzony płotem i drutem kolczastym (zaraz obok SUPER opisanego bunkru z WW2, z którego więcej wywnioskowaliśmy sami, niż z opisów mu towarzyszących) – jeśli się przez niego przejdzie, karą jest bagnet wprowadzony w ciało:

P1090199

To drzewo miało spoko kolce i było conajmniej dwa razy większe odemnie:

P1090200

 

Widok z parku obok fortu – długo schodziliśmy w dół:

P1090203

Sam fort nie jest wcale taki stary. Został wybudowany w latach 30, i miał służyć jako punkt administracyjny – z tym, że swego zadania nie spełnił.

I potem weszliśmy na wielką deskę surfingową umieszczoną na trzech budynkach – najwyższy punkt widokowy i znak szczególny miasta. TERAZ NASTĘPUJE SERIA WIDOCZKÓW!

P1090206 P1090216 P1090217 P1090222

P1090243

BYLIŚMY ZACHWYCZENI WIDOKIEM!

T pokazje, gdzie zrobił kupę:

P1090238

NA 56 PIĘTRZE!!!111

Potem ruszyliśmy wzdłuż bulwaru – DZISIAJ ne widzieliśmy zaręczyn, ale za to ryj typa, który coveruje Wonderful World na ścianie wody tak.

P1090253

Takie tam w dachu gigantycznego most oświetlonego przez niebieskie świata i lustra:

P1090265

I jeszcze jeden widoczek na muzeum, które zobaczymy jutro:

P1090270

 

I wróciliśmy na chinatown na kilka piwek. Zobaczyliśmy też dużą dawkę Engrisha:

P1090272

Money is fucking your favourite WHAT???

P1090274

 

Piwciuńcio piliśmy w środku i na zewnątrz.

P1090275

Jest około 2 w tej chwili, więc prysznic, piwko w pokoju socjalnym i spać. Od rana znowu na miasto 🙂

SS – jeszcze raz serdecznie pozdrawiamy!

0

Milion godzin na nogach

Jo!

Jesteśmy już jakies trzy miliony godzin na nogach, ale zdążyliśmy zobaczyć kilka rzeczy w Singapurze. Kiedy to piszę wszyscy w pokoju już smacznie chrapią oprócz mnie (a jest tu jakies siedem osób więc pisze się zdecydowanie przyjemnie).

Po pierwsze Chinatown, w którego sercu zamieszkujemy – chociaż Chińczycy nie są już w Singapurze jakąś mniejszością, dystrykst wciąż obfituje w swój klimat.

P1090078

Druga czapka zaraz po “Born under punchs [sic!]”!

Po Chinatown – które będziemy oglądać głównie jutro – postanowiliśmy zawinąć na wyspe Sentosa, by zobaczyć taniec mechanicznych żurawii. Po drodze udało nam się zwiedzić centrum handlowe, przekroczyć drogę eksrpresową na dziko (dwa razy) i znaleźć najlepszy bar ever (o którym później).

P1090084

Sentosa to chyba najfajniejsze miejsce na świecie – wszystko tu jest FUN FUN FUN. Sztuczne groty, aqua park, pokazy wodne, domy strachów i sklepy, sklepy, sklepy.

P1090088

No i UNIVERSAL SINGAPORE.

No i taniec mecha-żurawii:

P1090089

tu jeszcze śpią.

a tu tańcują:

P1090094

P1090095

Show zdecydowanie nas zaskoczył – podejrzewaliśmy, że będzie kiepski, a przez nikłe światło żurawie poruszały się jakby to było CGI. Dodatkowo w tle widać jest singapurski port i prawdziwe żurawie i prowadnice (które zachwycają już z brzegu lądu).

A tu taki tam kiepski widoczek obok nich:

P1090090

Zaraz po tańcowaniu żurawii trafilismy na pokaz fontann (właściwie dwa) – nie dało się tego uchwycić ale generalnie wyglądało to jakoś tak:

P1090099

Chociaż rozważaliśmy jeszcze kolejne opcje na ten dzień, zmęczenie dało się nam we znaki. Poszliśmy na bar street, do najlepszego baru (właściwie barów – bo w jednym miejscu bylo 248239 knajp i każda miała te same stoliki), gdzie spoczęliśmy na 2 Tigery.

P1090101

I wróciliśmy w stronę Chinatown, gdzie odwiedziliśmy jeszcze jeden bar, gdzie wszyscy dziękowali nam serdecznie za odniesienie krzeseł (czy ktoś jest w stanie wytłumaczyć mi, czemu od rana słysze wszędzie za ścianą dźwięki wymiotowaina? to jakiś lokalny zwyczaj?). Wracając wzięliśmy jeszcze udział w ceremonii hinduistycznej przechodzenia przez ogień. Dzień być może leniwy, ale należy nam się chwila odpoczynku. Jutro plany bogate, więc tym samym odmeldowuje się.

g.

1

Ten blog to kłamstwa

Przynajmniej jak narazie – nie jesteśmy wszak w Tajlandii.

Wylądowaliśmy w Singapurze i będziemy zaraz wychodzić zwiedzić Chinatown i Marina Bay.

Jak narazie zauważyliśmy:

P1090072

Wielkie misie wkomponowane w lapmkę na przesiadce.

P1090073

WIELKIE budynki (większość w innym stylu od tych, które stoją obok na parceli).

P1090077

Zielone ludziki.

I to, że sami zostaliśmy zauważeni:

P1090076

P1090074

Dobra – ale nasiedzieliśmy się 12h w samolocie więc czas pochodzić przez kolejne tyle.

Do następnego raportu,

g.

3

WYRUSZAMY!

Czekamy właśnie odprawieni na lotnisku w Warszawie.

I jest zdecydowanie za ciepło i mocno świeci słońce mi na netbooka – SUPER SIĘ CIESZĘ Z OBLASKOWEJ MATRYCY.

To ogólnie jest post próbny, więc nie mam jeszcze za bardzo co napisać na jakikolwiek temat. Za około 12h (jeśli wszystko pójdzie dobrze) dołączymy do naszego bagażu w Singaporze 😀

P.S. Kurak pamiętaj o kwiatkach!

P.P.S. Jesteśmy na przesiadce w Doha (Qatar)! Się nudzimy lekko na lotnisku, ponieważ jesteśmy zetta zmęczeni i powyginani. Jest 1 w nocy, na dworze 31 stopni a wilgotność jak pod prysznicem. Za godzinę wylot do Singapore i ne wiem jak, ale mamy tam być wieczorem (?). Zaraz przejrzę papiery i wszystko stanie się jasne.

SS POZDRAWIAMY SERDECZNIE!